Monitorowanie wszystkiego brzmi jak dobry pomysł, dopóki nie zderzy się z rzeczywistością: setki metryk, z których większość nikogo nie obchodzi, maskują te kilka, które naprawdę przewidują awarię. Mniej, ale trafniej — to lepsza strategia niż więcej.
Serwery
- Obciążenie procesora i pamięci — trend, nie tylko chwilowa wartość.
- Wolne miejsce na dysku — z wyprzedzeniem, zanim zabraknie go krytycznie.
- Temperatura i stan sprzętu — dyski, zasilacze, wentylatory.
- Status kluczowych usług — czy proces, który ma działać, faktycznie działa.
Sieć
- Dostępność routerów i przełączników — czy w ogóle odpowiadają.
- Wykorzystanie łącza internetowego — czy zbliża się do limitu przepustowości.
- Stan połączeń VPN między lokalizacjami czy z pracownikami zdalnymi.
Aplikacje
- Czas odpowiedzi kluczowych usług — strony, API, systemu sprzedaży.
- Dostępność „z zewnątrz” — czy usługa faktycznie odpowiada tak, jak widzi to klient.
- Certyfikaty SSL — data wygaśnięcia, sprawdzana z odpowiednim wyprzedzeniem.
Backup
- Czy zadanie kopii zapasowej zakończyło się sukcesem tej nocy.
- Czy rozmiar kopii nie odbiega nagle od normy — sygnał, że coś się zmieniło.
Metryka, która nie prowadzi do żadnej decyzji, jest tylko szumem na dashboardzie.
Dobrze dobrany zestaw metryk to coś, co ustala się indywidualnie dla firmy — zależnie od tego, co faktycznie stanowi ryzyko. Ile to wszystko kosztuje we wdrożeniu, piszę w kolejnym artykule: ile kosztuje wdrożenie monitoringu IT.